środa, 9 listopada 2016

GALATELLI Master of Taste strawberry cheesecake

Godzina 5:40 rano, wstałam zbudzona nagłymi domowymi szmerami w postaci niezwykle irytującej melodyjki dochodzącej z 3 telefonów naraz. Budzik. Sekundowe dochodzenie do siebie, przypomnienie sobie podstawowych informacji: jak się nazywam, gdzie mieszkam, kiedy były pierwsze igrzyska olimpijskie (nie pytajcie). Po stwierdzeniu, że chyba już można wstępnie powiedzieć, że jestem obudzona, poczłapałam do kuchni, wykonać jedną z rutynowych, porannych czynności- mycie patelni (na omlet). Szorowałam w skupieniu, ale ale, chwilunia, coś tu jest nie tak. Patrze w okno i widzę... biały armagedon!!! I w tym momencie pomyślałam sobie, jak będzie wyglądał dzień w szkole: co chwila zaglądanie do internetu, by sprawdzić wyniki wyborów przez okno. Taaaa, gdyby jeszcze kogoś dzisiaj ten śnieg obchodził. Wiadomo, co było tematem numer jeden.

Dzisiaj chciałabym zamknąć rozdział związany z lidlowskimi lodami. Smak strawberry cheesecake (sernik truskawkowy),  był ostatnim w mojej zamrażalce. Przyznam szczerze, że podchodziłam do nich 2 razy. Za pierwszym zjadłam, ale szału nie było, dlatego przeleżały sobie, aż rodzice się nad nimi zlitowali. Wtedy też stwierdziłam, że może dam im jeszcze jedną szansę i powiem wam, że nie zawiodły mnie aż tak bardzo.

O konsystencji nie napiszę nic nowego: okropnie zbite, łyżeczka bardzo ucierpiała itd.
   Sam smak na początku był mi bardzo znany. Do tej pory jeszcze nie trafiłam dokładnie, co mi przypominał. Na pewno, czuć było taki zamrożony serek truskawkowy, ze śmietanki, bo była ona tu mocno charakterystyczna. Co do samej truskawki, to nie był to kwaskowaty smak, a mocno słodki.
   Przy kolejnym podejściu wyczułam jeszcze toffi. W zasadzie potem cały smak truskawkowego jogurtu, zmienił się w jogurt o smaku toffi. W tym momencie lody zrobiły się tak pyszne, że miałam problem z oderwaniem się od nich. 
    Kolejnym elementem miały być ciasteczka. Aha, szkoda, że ich nie dostałam. Tak naprawdę były to takie jakby smużki rozdrobnionej masy, zatopione w lodach. Czyli nie były to ciasteczka a... nie wiem, jak to opisać, ale musiałam się nieźle napocić, aby to znaleźć. Co do smaku, to był on bardzo intensywny, maślany, palony, biszkoptowy. Moim zdaniem po prostu pyszne. Konsystencja była wiórkowata (rozdrobnione, okropnie suche kuleczki ciastek), i to mi właśnie przeszkadzało, bo były tak suche, że praktycznie co każdą łyżeczkę tego oto cuda, kasłałam. Naprawdę, nie żartuję.


No cóż, myślę, że mogli się bardziej postarać, szczególnie z tymi ciastkami, bo w smaku, jak dla mnie, były rewelacyjne, ale ich struktura mnie mocno odrzucała. No bo kto chce jeść lody i się nimi dławić? Dziwną rzeczą była też truskawka, która przeszła reformację i zamieniła się w toffi. Co prawda taki wariant dużo bardziej mi smakował, ale jednak dziwnie.

Gdzie kupiłam: Lidl
Cena: 8,99
Ocena: 6/10

Także miłej, białej środy Wam życzę. Pa :*