niedziela, 19 marca 2017

LIFEFOOD, Lifebar- apple i carob hazelnut

 
Dzisiaj znowu zdecydowałam się  na zrecenzowanie raw batonów. Mam nadzieję, że to Was nie zanudzi, ale ostatnio bardzo je pokochałam. Nie wiem czy pamiętacie- niedawno bardzo zachwycałam się lifebar'em z baobabem, migdałami i wiśniami klik i zachwycił mnie on na tyle, że postanowiłam spróbować jego wszystkich smaków.


                 APPLE
 Każdy chyba wie, jak to jest z tymi raw batonami- zbita, lekko gumowata masa, którą trzeba troszkę pogryźć. Zapach jest delikatnie cynamonowy, a że ja cynamon uwielbiam, to zapowiada się bardzo dobrze :)
 Na początku zaznaczę, że czuć wyraźnie słodycz, oraz sam smak daktyli, jednak jabłko idealnie to równoważy i nie ma możliwości całkowitego zasłodzenia. Nie ukrywam, że liczyłam na odrobinkę większą dawkę kwasku, pochodzącą od jabłek, jednak jak widać mamy tutaj tą słodzą odmianę.  Dodatkowo, jak widać na zdjęciu, są one w wersji suszonej, powpychane w batonik :). Jest to zarówno przyjemne dla oka, jak i miło jest je pogryźć. :)
 W większości tego typu słodycze są po brzegi wypchane orzechami, ale tutaj zamiast tego dostaliśmy słonecznika. Już sam zapach zdradzał jego obecność. Jest go tu mnóstwo i bardzo on tutaj pasuje. No i na koniec najlepsze- cynamon! Towarzyszy on nam przy każdym gryzie. Jest to bardzo dobra wiadomość dla wielbicieli tego smaku.

                                         
SKŁAD: owoce*(71%) (daktyle*, suszone jabłka*(23%), rodzynki*), kiełkujące nasiona słonecznika*(27%), mielony cynamon* (*certyfikowany składnik ekologiczny

 Gdzie kupiłam: eko sklep
 Cena: 6,30zł (47g)
 Ocena 9/10
                                                     CAROB HAZELNUT
 Ten smak okazał się być idealny po wizycie od ortodonty (gdy mam dokręcany aparat, ból potrafi skutecznie przenieść mnie na dietę "kaszkową"), ponieważ był mięciutki i niemalże rozpływający się w ustach. Widoczny był też olej, zapewne pochodzący od orzechów.
 Po rozerwaniu opakowania poczułam... rogalika 7days. Nie mam pojęcia skąd on się tu wziął xd.


    Ponownie w smaku dominują daktyle, tym razem batonik jest jednak słodszy. Nie przeszkadza to jednak zbytnio, ponieważ zaraz dochodzą nam orzechy, które przyjmują to na siebie. Jest ich tu pełno, jednak przeważały głównie laskowe, a migdałów raczej nie poczułam (prawdopodobnie gdzieś tam się one zgubiły :))


  Co ciekawe, moje początkowe skojarzenie z 7daysem nie było bezpodstawne. Baton nie tylko pachnie, ale i leciutko smakuje tym rogalem. *w tym momencie zdecydowałam się sięgnąć po pomoc wikipedii- co to jest ten karob* Już wszystko wiem! Karob to roślina, której proszek bardzo przypomina kakao. Prawdopodobnie stąd te moje skojarzenia z tą drożdżówką :)

Podsumowując, smak jabłkowy okazał się być idealny- cynamonowy z kawałeczkami jabłek, nie za słodki. Jego rodak orzech również mi smakował, jednak moim zdaniem był odrobinkę za nudny. Niby ten karob troszkę przełamywał to wszystko, ale był on tak delikatny w smaku, że ogólnie ciężko było coś poczuć. Uważam też, że oba batoniki nie pobiły tego z baobabem. Mimo wszystko jestem przekonana, że jeszcze nieraz do nich wrócę :)

SKŁAD:owoce*(63%) (daktyle*, proszek Lucuma*) orzechy* (31%)(pasta z orzechów laskowych*(15%), orzechy laskowe*(8%), migdały*), surowy karob w proszku*(6%), wanilia mielona* (*certyfikowany składnik ekologiczny)

  Gdzie kupiłam: eko sklep
  Cena: 6,30 zł (47g)
  Ocena: 8,5/10

środa, 1 marca 2017

DOBRA KALORIA, śliwka i ziarna, oraz cynamon i jabłko

  Powiem Wam, że dzisiaj jestem już tym wszystkim zmęczona. Może to ta pogoda (chociaż już pomału zaczyna przygrzewać), może to ten nawał nauki, którym nas przytłaczają? A może chodzi o same testy, o których słyszę już od tygodnia? (tak, jestem w 3 gim) Sama nie wiem, ale dzisiaj jedyne o czym marzyłam to wygodna kanapa z kubasem ciepłej kawy :) Jutro zamierzam zrobić coś bardziej produktywnego. Jak na razie do najbardziej pożytecznych rzeczy, jakie dziś wykonałam, pozostanie napisanie tego posta :D.

  Dzisiaj mam dla was recenzję "fit" słodycza, a raczej słodyczy, ponieważ zdecydowałam się na opisanie dwóch wariantów smakowych batoników, które oferuje nam firma Dobra kaloria. Jeden z nich już recenzowałam tutaj, a dzisiaj wyróżnionymi przeze mnie smakami będą śliwka & ziarna, oraz jabłko & cynamon. Wierzę, że i tym razem mnie one nie zawiodą ;D.

ŚLIWKA & ZIARNA
  Co do konsystencji, to jest ona standardowa, jak w prawie wszystkich raw batonach, czyli gumowata, ale przy tym rozpadająca się pod naporem zębów. Całość jest zbita i raczej niewielkich rozmiarów.

  W smaku oczywiście pojawia się słodycz, jednak nie aż tak duża, jak w poprzedniku. Z pewnością jest to spowodowanie w zamianie daktyli na śliwkę (nie od dziś wiadomo, że to pierwsze jest 1000 razy bardziej słodkie). Co za tym idzie na pierwszy plan wysuwa się ten oto owoc. przy każdym gryzie czuć było też chrzęszczenie pod zębami różnych ziaren. Tych było tu od groma i jeszcze więcej :D. Jednak w całym batonie zabrakło mi czegoś :/. Chyba takiej świeżości, z jaką spotykałam się w poprzednich wariantach, bo tu pojawiała się taka... drewnianość? Nie mam pojęcia jak to opisać, ale coś w stylu takiego drewna. Kurcze... chyba wywalę to poprzednie zdanie haha. (błagam wybaczcie, jestem okropnie zmęczona).


SKŁAD: Daktyle, śliwka suszona (27%), ziarno słonecznika (19%), chrupki zbożowe (mąka kukurydziana, mąka ryżowa), siemię lniane (8%) Może zawierać kawałki pestek owoców.


Gdzie kupiłam: lidl
Cena: ok 2,50zł (za 35g)
Ocena: 7/10

JABŁKO & CYNAMON:

  Kocham  cynamon i wiedzą to wszyscy moi znajomi. Zaczęło się w wieku lat 6, gdy to pochłaniałam kilogramy cini minis, a skończyło na dodawaniu go wszędzie, gdzie tylko się da. No i nie mogę pominąć też szarlotek i pierników (które mają podobny korzenny posmak). Dlatego też zaufałam przeczuciu i  kupiłam aż trzy sztuki tego wariantu :D. Zobaczmy, czy było warto.
 
 O konsystencji się już nie rozpisuję, ponieważ to samo macie powyżej. W tym temacie  nie zmienia się kompletnie nic. Za to smak... niebiański. 
  Oczywiście nie da się pominąć tej charakterystycznej dla daktyli słodyczy, jednak tutaj sam owoc gdzieś zaginą a zastąpiło go dojrzałe jabłuszko, posypane pokaźną ilością cynamonu, przykryte maślaną kruszonką, czyli... nic innego jak szarlotka :D. Przysięgam Wam, że czułam tu wyżej wymienione ciasto. Przede wszystkim w całym tym batoniku nie ginie smak cynamonu (czego bardzo się obawiałam), co więcej, jest on bardzo wyraźny,tak jak i same jabłka :). Dla mnie okazało się to połączenie idealne i warte spróbowania.

SKŁAD: Daktyle, chrupki zbożowe (mąka kukurydziana, mąka ryżowa), jabłka suszone (12%), orzechy nerkowca, rodzynki, cynamon (0,7%) Może zawierać kawałki pestek owoców.

Gdzie kupiłam: lidl
Cena: ok 2,50zł (za 35g)
Ocena: 10/10 



  Zdecydowanie dzisiejszą bitwę wygrał cynamon i coś czuję, że jutro pobiegnę do sklepu po nowy zapasik. Śliwka nie była zła, jednak zdecydowanie najgorsza z całej rodziny :/. 

 Powiem Wam, że jestem tak padnięta, że co drugie słowo musiałam poprawiać (a to literówki, a to w ogóle wychodziło jakieś "jksbjhzhjb", a co najzabawniejsze, prawie opublikowałam post bez zdjęć hahaha.Musicie mi to wybaczyć :). Do następnego :*








 

 





środa, 22 lutego 2017

CADBURY, double decker

Nie wiem, czy pamiętacie, ale opisywałam kiedyś jeden z elementów słodyczowej paczki firmy Cadbury, zakupionej w biedronce. Poprzedni wpis macie tutaj.
 Raczej nie jestem fanką "ciężkich" batonów, jestem w stanie powiedzieć nawet, że bardzo ich nie lubię (głównie przez tą zamulającą słodycz, która często im towarzyszy). Dlatego też postanowiłam sobie, że wezmę go jak najwcześniej, żeby mieć z głowy.
 Oto przed Wami double decker, czyli "mleczna czekolada z delikatnymi kawałkami nugatu i zbożowym, chrupiącym wypełnieniem".

                                                                                    WYGLĄD:
Tutaj mam ogromne zastrzeżenia. Już przez opakowanie czułam, że batonik spłaszczył się, najprawdopodobniej pod wpływem ciepła. Jednak nie myślałam o tak wielkich zniszczeniach :/. Nugat, mający go wypełniać, wylał się i przykleił do opakowania. Nie był to zbyt przyjemny widok, a tym bardziej apetyczny.
  Jeśli o zapach chodzi to... poczułam tu rogalika chipicao. Trochę dziwne ale niech już im tam będzie.

SMAK:
 Zacznę może od samej czekolady. Czy kogoś zdziwi to, że była ona okropnie słodka? Myślę, że nie. Tak więc: cukier w cukrze, połączony z delikatną nutką masła i... w sumie tyle. Nic więcej nie potrafię o niej napisać, bo ta słodycz zabiła wszystko (a już na pewno kakao, którego mogłam szukać z lupą, a i tak nie dałoby to jakiegokolwiek efektu).
 Kolejny w kolejce miał być nugat (no właśnie- miał, bo życie zweryfikowało jego plany i postanowiło oblać nim cały batonik xd). Na początku zaznaczę, iż nienawidzę nugatu,przede wszystkim ze względu na tą wysoką słodycz. No więc tak: w konsystencji jest twardy i ciągnący, lekko oporny i wymagający żucia. Musiałam się bardzo namęczyć, aby go przełknąć. Poza tym okazał się przeraźliwie słodkim tworem z posmakiem... kawy. Chociaż tak właściwie to cappuccino. To dopiero było dziwne i zaskakujące. Niestety, nawet dla mnie (ogromnej miłośniczki kawy), było to sprytne, acz niewystarczające zagranie ze strony producenta. Nugat w dalszym ciągu był niesmaczny i za SŁODKI.
 Dalej mamy już tylko chrupki, zatopione w czekoladowej masie. Ta była o wiele bardziej zjadliwa, niż zewnętrzna polewa- dużo mniej w niej było cukru, była bardziej maślana i z odrobiną kakao.Za to chrupki, jak to chrupki, były... po prostu chrupkami

 Podsumowując, zrobiło mi się niedobrze od tego cukru, wszystkie te elementy były (moim zdaniem) nieodpowiednio połączone- mam na myśli to, że gdy czekolada się rozpuściła, a chrupki już dawno zostały pogryzione, ja w dalszym ciągu starałam się uporać z tym nieszczęsnym, słodkim nugatem. O walorach estetycznych nawet nie wspomnę. Myślę, że nawet cukrożercy by mu nie podołali. Jedyne, co tutaj było ciekawe to ta kawa, towarzysząca mi do końca tej połówki którą zjadłam. Nie wiem skąd się tutaj wzięła, ale mimo wszystko, niewiele pomogła.

Skład: nugat (syrop glukozowy, cukier, syrop glukozowo-fruktozowy, olej roślinny, odtłuszczone kakao, białko jajka w proszku, aromaty, sól), czekolada mleczna (cukier, masa kakaowa, masło kakaowe, mleko w proszku, serwatka w proszku, tłuszcz roślinny, emulgator (E442), cukier, chrupiące płatki (mąka przenna, ekstrakt słodu jęczmiennego, sól, emulgator (E471, lecytyna sojowa), spulchniacze (wodorowęglan anomu) oleje roślinne, węglan wapnia, tłuszcz roślinny, mleko w proszku, odtłuszczone kakao, emulgator (E442), aromaty.
Może zawierać: orzechy.


Gdzie kupiłam: Biedronka
Cena: 9,99zł (za całe pudełko, zawierające 5 batonów)
Ocena: 4,5/10

czwartek, 16 lutego 2017

OXfam Fairtrade, czekolada z solonym karmelem

Witam Was moi mili po krótkiej przerwie. Pisałam Wam już wcześniej, że posty będą dosyć nieregularne, ale nie myślałam o aż takiej nieregularności :/. Dzisiaj już jestem z Wami i biorę na celownik, upolowaną w eko sklepie czekoladę... w sumie nie wiem jakiej firmy, jak się nazywa. Przyjmijmy, że jest to po prostu czekolada (o smaku solonego karmelu) :).

                                                 WYGLĄD:
Samo opakowanie jest dosyć ciekawe. Przyjemna dla oka zieleń z licznymi wzorkami. Nie powiem, żeby jakoś specjalnie mnie zachwyciło, ale nie było nudne i przede wszystkim było w sztywnym, tekturkowym opakowaniu a pod spodem, w pazłotku. Nie tak, jak milka czy inne takie (w plastiku).
Kosteczki miały jakieś dziwne, czarne plamki ( do tej pory zastanawia mnie czym one są).

SMAK: 
Gdy wzięłam ją na język, od razu poczułam jak bardzo opornie się rozpuszcza. Dopiero po dłuższej chwili czekolada "się uwolniła" i mogłam poczuć jej smak. Oczywiście jest ona bardzo intensywnie mleczna, na próżno tutaj szukać kakao, jak i bardzo słodka. Jednak miałam wrażenie, że przy tym wszystkim była odrobinę mało konkretna. Nie wiem, czy wiecie o co mi chodzi, ale zdarzają się takie tabliczki, które po prostu nie mają smaku. Tutaj tak właśnie było (przynajmniej w pewnym stopniu).
  Jednak pamiętajmy o jeszcze jednym bonusie od producenta, mianowicie sól+karmel. Oooo tak, o tym pierwszym nie da się zapomnieć. Szczerze się przyznam, że w pewnym stopniu miałam problemy z wyczuciem w tej tabliczce czegokolwiek, oprócz soli. Każda kostka była nią upchana po brzegi. Fakt, bardzo denerwuje mnie, gdy na opakowaniu widnieje napis "solony karmel", a ja trafiam na nią jedynie raz, czy dwa, jednak tutaj chyba trochę za hojnie nas potraktowali. Po prostu zaczęła mi odrobinę uprzykrzać cała konsumpcję.
Jeśli o karmel chodzi, to był to zwyczajny palony cukier, którego nie było ani za dużo, ani za mało.


Podsumowując, sama czekolada nie była jakiejś wybitnej jakości i praktycznie nie czułam jej smaku, szczególnie, gdy się ją gryzło. Co za tym idzie nie zdołała mnie zasłodzić (co dla mnie jest zazwyczaj zaletą), ale tym razem zdecydowanie nie nazwę tego plusem :/. Dodatkowo ta za duża ilość soli. Ja bardzo lubię takie dodatki w słodyczach, ale nie, gdy czekolada nie ma smaku i koniec końców czuję tylko "słony tłuszcz". Raczej nie wrócę do niej. Kurcze, zawiodłam się trochę :/

Skład: cukier trzcinowy*, tłuszcz kakaowy*, mleko w proszku*, masa kakaowa*, sól, wanilia*.
Masa kakaowa minimum 37%
*składniki pochodzące z upraw ekologicznych

Gdzie kupiłam; eko sklep
Cena: 11,50zł (100g)
Ocena: 5/10

 Dziękuję Wam bardzo mocno, że dalej ze mną jesteście i chcę powiedzieć, jak wiele dla mnie znaczy Wasz czas, poświęcony na czytanie moich postów. Jeszcze raz ogromne dzięki. Buziak i do następnego :*

piątek, 27 stycznia 2017

LIFEFOOD, life bar- berry, maca, baobab

Witam wszystkich bardzo serdecznie, po chwilowej nieobecności. Od razu ostrzegam, że posty do 20 lutego, mogą pojawiać się nieregularnie. :/. Mam nadzieję, że pomimo tego będziecie tu dalej zaglądać i wybaczycie mi te rzadkie wpisy :)

Dzisiaj, po przebytej chorobie (ZNOWU! To już 3 raz w ciągu miesiąca! Po trzeciej zmianie lekarza łaskawie otrzymałam antybiotyk w zestawie z pogardliwym prychnięciem: "Dlaczego nikt ci go wcześniej nie przepisał?") nie miałam ochoty na nic "ciężkiego". Postawiłam więc na raw baton o nazwie lifebar. Ogólnie raw batonów nie zjadłam w swoim życiu za wiele, jednak pomimo tego pałam do nich ogromną sympatią xd. Do dzieła więc!

WYGLĄD:
Jeśli chodzi o sam rozmiar batonika, to niestety nie pokrywa się on z opakowanie, które sugeruje nam, że będzie on ciut większy. Nie byłoby z tym większego problemu, bo więcej i tak pewnie ciężko zjeść, ale nie trzeba wtedy pchać tak dużego opakowania :/
   
                                                                                         SMAK:
Jeśli chodzi o konsystencję, to jest ona lekko gumowata, stworzona do żucia, wilgotna, ale rozpadająca się pod wpływem zębów.
  Pierwszy gryz i... ale szał! Momentalnie spłynęła na mnie słodycz, wymieszana z kwaskiem. Starałam się analizować tego batonika, czytając skład, więc już wyjaśniam: mamy tutaj nieodzowny element takich słodyczy, czyli daktyle, odpowiadające za słodycz, natomiast wina za kwasek spada na wiśnie i sok z żurawiny. Smaki te tak idealnie się równoważyły, że nie pozostało mi nic innego, niż tylko westchnąć z zadowolenia.
Gołym okiem można zobaczyć, jak wiele w batoniku było zatopionych orzeszków (nerkowca i migdałów). Nie dość, że wpływały one na smak, to jeszcze przyjemnie chrupały i miło urozmaicały jedzenie. Gdzieniegdzie można się było natknąć na kawałeczki wiśni. Jedyne czego raczej nie udało mi się wychwycić, to maca z tym baobabem, które są ujęte w składzie. Może to dlatego, że mam jesze odrobinkę przytkany nos? Pewnie tak, jednak i bez tego baton okazał się strzałem w 10.

Nigdy jeszcze nie jadłam tak pysznego surowego batona. W tym akurat wariancie wszystkie te smaki były tak idealnie skomponowane, że nie czułam ani zasłodzenia, ani przekwaszenia (?), czego się bardzo obawiałam. Jeszcze co prawda nie próbowałam innych smaków tej firmy, ale jak najszybciej polecę je kupić w moim eko sklepie. Myślę, że na koniec zrobię wpis podsumowujący je wszystkie :). Jak na razie wystawiana przeze mnie ocena jest oczywista

SKŁAD: daktyle*, migdały*, suszone wiśnie* (8%), surowe orzechy nerkowca*, sproszkowany baobab (5%), liofilizowany sok z żurawiny* (4%), pasta migdałowa*, proszek maca (2%), krystaliczna różowa sól himalajska 
(*składniki ekologiczne) 
  Gdzie kupiłam: eko sklep
  Cena: 6,20 zł
  Ocena: mocne 100/10!!!!

poniedziałek, 16 stycznia 2017

RITTER SPORT, karamell musse

A dzisiaj, jako wstęp mam dla Was rewelacyjną (jak dla mnie) akcję. Jest ona związana z wymianą książek. Dowiedziałam się o niej na facebooku i być może już coś o tym słyszeliście, a jeśli nie, to gorąco polecam!
  "Jest akcja!
Poszukuję chętnych do udziału w pewnej, na dużą skalę, zabawie związanej z wymianą książek. Możecie być z każdego zakątka globu! Wszystko, co musicie zrobić to kupić swoją ulubioną książkę i wysłać ją do zupełnie obcej osoby (wyślę Wam dane tej osoby na priv, jeśli zdecydujecie się wziąć udział w zabawie). Otrzymacie ksiązki (do swojej własnej kolekcji), a będą to ulubione tytuły
 zupełnie obcych Wam ludzi. Jeśli jesteście zainteresowani udziałem w zabawie, napiszcie do mnie na maila: ewe0036@wp.pl , a ja Wam wyślę szczegóły co dalej!"
   Jest to post skopiowany z mojego fb. Tak więc jeszcze raz gorąco zapraszam Was do zabawy i śmiało do mnie piszcie :). 

To tak w ramach wstępu, ale teraz przejdźmy do samej recenzji, dotyczącej dosyć często pojawiających się u mnie, czekolady Ritter Sport. Czy jestem ich jakąś wielką fanką? Chyba jednak raczej nie. Znaczy... są poprawne i tyle w temacie. Jedynym wyjątkiem jest wersja kokosowa, za którą dałabym się pokroić ^^. Dzisiaj natomiast mam dla Was RS karamell musse, czyli mleczną z nadzieniem w postaci karmelowego musu i migdałami. Będzie ciekawie!


WYGLĄD I ZAPACH:
 Wyjątkowo, mamy tu do czynienia z trzema rządkami po trzy (dużo większe niż zazwyczaj) kosteczki. Bardzo mnie to zaskoczyło, nie powiem xd. Desperacko próbowałam się w tą czekoladę "wwąchać", ale nic nie poczułam. To było kolejnym zaskoczeniem.

                                                                                       SMAK:
Zacznę od najlepszej części, czyli czekolady. Przyznam się, że nie spodziewałam się tego, ale była nadzwyczaj ;pyszna! Mocno maślana, tłuściutka, rozpływająca się w ustach, bardzo podobna do milki, tylko dużo mniej słodka (co dla mnie jest dużym plusem, bo ja preferuję raczej mniej cukrowe smaki). Dodatkowo udało mi się wyczuć nutkę kakao. Gdyby ktoś mi dał całą taką tabliczkę, mogłabym śmiało wystawić ocenę 9/10.
  
    Teraz czas na gorszą część (spojler), czyli nadzienie. Zacznę może od samej konsystencji, bo była ona dosyć... dziwna- sypiąca się (wręcz bym powiedziała że taka krucho-sypiąca), latało to na wszystkie strony świata. Patrząc można by pomyśleć, że jest ono suche. Jednak po wzięciu na język, uwalnia się tłustość i oczywiście mleko w proszku, bo jakżeby inaczej (jest to dodatek, którego w słodyczach wyjątkowo nie toleruję). Dodatkowo jeszcze waliło starocią na kilometr. Fakt, dawało ono odrobinę słonego smaku, który fajnie łączyłby się z karmelem, ale nic poza tym. Właśnie, cząstka "by" znalazła się tutaj, ponieważ żadnego karmelu tutaj nie nie poczułam. Tak na dobrą sprawę, to w połączeniu: czekolada plus nadzienie, to nie miało ono w ogóle smaku. Było po prostu nijakie i waliło odrobinę tym mlekiem. Co prawda fajnym urozmaiceniem okazały się te migdały, które były nawet pokaźnych rozmiarów, ale sytuacji bardzo tu nie poprawiły.


  Znowu porażka. Ta czekolada była tak nijaka, że jedząc ją, nie poczułam kompletnie nic- ani smaku, ani zasłodzenia (a to akurat na plus). Kurczę, ona naprawdę mogła być smaczna. Uważam, że niewiele potrzeba było, aby stała się hitem. Zawiodłam się i to bardzo, szczególnie, że z całych moich Ritterowych zapasów, to w niej pokładałam największe nadzieje. No cóż, przynajmniej sama czekolada (bez nadzienia), była rewelacyjna. Za to i przyjemnie chrupiące, spore migdały, punkty w górę.

Gdzie kupiłam: dostałam
Cena: oj nie wiem xd
Ocena 5/10 (głównie za tą czekoladę)

czwartek, 12 stycznia 2017

NESTLE, Princessa zebra coco

  Nie da się ukryć, że princessa to jeden z najpopularniejszych wafelków. Ja osobiście jestem dużo większą fanką prince polo, a z princessy jadam czasem tylko wersję kokosową. Ogólnie jestem ogromną fanką kokosowych słodyczy i wystarczy mi, że coś ma delikatny aromat tego orzecha i już jestem kupiona :). Podobnie mam zresztą z masłem orzechowym (wyjątkowo jednak nie podchodzi z mi nim kit kat :/). Jednak oprócz tej naszej białej księżniczki ostatnio moją ulubienicą została princessa zebra. Zakochałam się w tej jego "leciutkiej" formie, pozbawionej czekolady. Dodatkowo kupił mnie brakiem nadmiernej słodyczy. Dzisiaj mam dla was tego właśnie batonika, ale w wersji kokosowej, czyli jak dla mnie połączenie idealne.



  
Znalezione obrazy dla zapytania princessa zebra coco

Znalezione obrazy dla zapytania princessa zebra

       




                                                                                                                                                      

                                                                                        OPAKOWANIE I ZAPACH
    Powiem Wam szczerze, że gdyby nie gazetka promocyjna i mój sokoli wzrok, nigdy w życiu nie wzięłabym go do ręki (albo bym go kupiła, po cvzym stwierdziła, że coś mi tu nie pasuje xd), bo opakowanie nie zwraca aż tak uwagi. Na początku myślałam nawet, że jest takie samo jak w tej zwykłej wersji. Po prostu ten kokos po lewej jakoś zupełnie nie rzuca się w oczy (przynajmniej mój skaner go przeoczył).
    Od razu po otwarciu poczułam bardzo intensywny kokosowy zapach. Przenosi on nas w bardziej egzotyczne strony świata i... zapowiada dobry produkt :).

SMAK
Ogólnie przywykłam do tego, że jest to produkt bardzo suchy, kruchy i sypki (tutaj nawiązuję do wafla). Tak jest i w tym przypadku. Co do samego smaku to muszę przyznać, że wafelek zaliczył wpadkę, która dla mnie jest niewybaczalna. W klasycznej wersji jest on dosyć intensywnie kakaowy i właśnie za to go cenię. Tutaj niestety jest po prostu zwykły: słonawy, wypieczony i po prostu waflowy. Jedyne, co go odróżnia, to kolor- zdradziecki kolor, który sugeruje nam kakaowy smak. Za to ma ode mnie ogromny minus :/

Kolejnym etapem jest nadzienie. Mam wrażenie, że jest bardziej tłuste, niż w klasyku i dużo bardziej delikatne (zarówno w konsystencji, jak i w poziomie zacukrzenia). Na pierwszy ogień wysuwa się mleczny posmak połączony z muśnięciem kokosa. Obawiałam się, że zastanę tam wiórki kokosowe (które za nic mi tutaj nie pasują), ale naszczęście nic takiegoi się nie pojawiło. Za to znalazło się miejsce na coś innego- gorycz. Tak, dobrze widzicie. Po pierwszym gryzie nie była ona zbyt nachalna i ledwie zwróciłam na nią uwagę, jednak z każdym kolejnym kawałkiem było coraz gorzej. Pod koniec (i tutaj nie przesadzam) niemalże się krzywiłam. Nie wiem skąd to się tutaj wzięło, ale było nie do zniesienia i zabijało wszelkie inne smaki. Nie wiem, może kupiłam jakiś wadliwy egzemplarz, albo mam coś źle wyczulone.

Myślę, że nie kupię go ponownie i Wam też raczej nie polecam. Co prawda krem na początku był naprawdę dobry: nie za słodki, kokosowo-mleczny (bardzo podobny do tego w zwykłej princessie kokosowej), ale potem to był koszmar. Ta gorycz okropnie mi przeszkadzała i była nie do zniesienia. No i nawet wafel był jakby gorszy. Zdecydowanie zostanę przy klasyku, który nie ma ze sobą takich problemów xd.

Skład: olej palmowy, mąka pszenna, serwatka w proszku (z mleka), cukier
odtłuszczone mleko w proszku (7,2%), maltodekstryna, wiórki kokosowe (5,5%), kakao w proszku, (1,2%) o obniżonej zawartości tłuszczu, substancje spulchniające (węglany sodu, węglany amonu),, emulgatory (lecytyny), naturalny aromat, sól

Gdzie kupiłam: Carrefour 
Cena: Coś około 1zł-1,50zł (z
Ocena 5/10