środa, 12 października 2016

GALATELLI Master of Taste Cookie Dought


Myślę, że każdy z was doskonale zdaje sobie sprawę jak to jest upaśc. I nie mówię tu o jakże beznadziejnym i zjawiskowym upadku zarazem, na śliskim chodniku, ale o takim psychicznym. Wiecie- w szkole/ pracy wam nie idzie, ludzie na których liczyliście się od was odwracają, pomimo że całe życie polegaliście tylko na nich. Potem, gdy już (w moim przypadku, albowiem jestem jeszcze uczennicą gimnazjum) lekcje w końcu się skończą biegniesz szybko na autobus, który odjeżdża Ci centralnie przed nosem. Po drodze jeszcze obrywasz kasztanem w łeb (ach ten jesienny urok). Żeby było jeszcze ciekawiej to zaczyna padać deszcz a ty musisz stać na przystanku i z zazdrością podziwiać ludzi, którzy mają kurtki z kapturem. Pytanie tylko co w tym momencie może was uratować? Nie mam pojęcia, ale na pewno cie kłótnia z przyjaciółką. No to może lody? A to się jeszcze okaże.

Ostatnio miałam przyjemność spróbować lodów Master of Taste Peanut butter. Recenzję może już czytaliście, a jak nie to zapraszam: klik.  Dzisiaj przekonamy się, jak radzi sobie jego braciszek (lub siostrzyczka xd) o smaku Cookie Dought, czyli po prostu ciasteczkowym. Zapraszam!!!


Pierwsze co mnie bardzo mocno zaskoczyło, było to, że łyżeczka weszła gładko. Czyżby moja zamrażalka przestała działać? Niee, wszystko jest ok, a więc to te lody... Już wiedziałam, że może być lepiej, niż poprzednio. Jeszcze nie zajrzałam do składu, bo robię to zawsze na końcu (wiecie, żeby nie psuć sobie niespodzianek ;)), więc nie wiedziałam, że na pierwszym miejscu jest śmietana kremówka. Ale po kolei.

Pierwsza łyżeczka i jest!- śmietana kremówka. Czuć skubaniutką od pierwszej sekundy i to bardzo intensywnie. Każdy zna smak bitej śmietany, więc nie będę się tu baardzo rozpisywać. Kolejna w kolejce jest wanilia, która pcha się tuż obok śmietany. Jest ona bardzo przyjemna w smaku- nie taka sztuczna i odpychająca. No niebo w gębie mówię wam. Jednak do tego wchodzi jeszcze cukier. Nie powiem, była go nawet pokaźna ilość, ale myślę, że aż tak bardzo tu nie przesadzili.

 Fajnym rozwiązaniem były maleńkie kawałeczki czekolady, które idealnie niwelowały tutaj słodycz. Teraz trochę o samej czekoladzie, bo oprócz maleńkich, tyci kawałeczków trafiały się też i "kawały". Rozpuszczała się ona baaardzo opornie. W pewnym momencie zniecierpliwiona zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest to przypadkiem plastik, jednak gdy już zaczęła się podtapiać, na język spłynęła gorycz (na oko 80% kakao, ale specjalistką nie jestem, więc wybaczcie, jeśli się mylę). Bardzo fajna, dobra jakościowo czekolada.

 Dalej mamy ciastka. Były lekko twardawe i rozpływające się w ustach. w smaku lekko mączne i jajeczne. Tak smakowały takim koglem moglem! Gryząc je pod zębami strzela nam nierozpuszczony cukier. Wiecie co? To mi przypomina surowe ciasto i chyba tak je w dwuch słowach moge opisać. Myślę, że każdy doskonale zna ten smak. Czy lubicie? Ja uwielbiam, zatem było to totalnie "moje" :).

Zdecydowanie ta wersja wygrywa z poprzednią. W takim wypadku chyba muszę wrócić do tamtego posta i trochę im oniżyć ocenę.


Gdzie kupiłam: tydzień amerykański w Lidlu
Cena: 8,99
Ocena: 9/10

Do następnego :*